b2b: internetowi naciągacze

Jakiś czas temu do firmy moich rodziców [Grajan] przychodziło klasyczną pocztą zaproszenie do udziału w katalogu firm środkowo europejskich. Zaproszenie wysyłała firma, która za swoją siedzibę obrała sobie Wiedeń, a przynajmniej tak było napisana na umowie i adresie zwrotnym. Dziwna ryba. Szczególnie, że zarówno papier jak i koperta były z dość gównianego papieru, tak jakby skrzyżowanie zwykłej kartki z kartonem i papierem toaletowym.

Po przeczytaniu kilku świetnie skonstruowanych zdań sam chciałbym umieścić się w takim katalogu. Ale jak to zawsze dziwi wszystkich, którzy dają mi umowę, ja ją czytam. Do końca, a czasem dwa lub więcej razy.

Pod sam koniec, zdecydowanie mniejszym drukiem (ale mniejszym to była z połowa umowy) napisano koszt oraz warunki zerwania umowy. Generalnie szukali naiwniaków, bo za roczny wpis w internetowym katalogu chcieli coś w okolicach 400 euro, a wypowiedzieć umowę to można było tylko po zapłaceniu następnego roku. Koszmar.

Jak to trzeba uważać na to co się dostaje.

Całe szczęście wysłali to jeszcze tylko raz, a potem albo już nie wysyłali, albo moja mama przestała mnie pytać czy warto.

2 odpowiedzi do “b2b: internetowi naciągacze”

  1. Matko, to wpis w katalogu Yahoo jest tańszy i chyba jednorazowa opłata, a na polskie warunki i tak za drogi w stosunku do efektywności, ale takich naciągaczy to po prostu nie trawię.

Możliwość komentowania jest wyłączona.

Jeżeli chcesz skomentować, napisz mail na adres marcin w domenie strony na której jesteś. Dodam twoj komentarz.